Pozostanę przy temacie „niechcianych zabytków”. Truizmem jest stwierdzenie, iż zabytki stanowią jeden z wyznaczników wartości krajobrazu, stanowiąc o jego atrakcyjności i znaczeniu turystycznym (nie mówiąc oczywiście o ich wartościach historycznych, naukowych i kulturowych). Niepojęta jest więc niechęć do posiadania zabytkowych obiektów oraz do prób pozbywania się ich (niekiedy za wszelką cenę). Uwaga ta dotyczy głównie „posiadaczy instytucjonalnych”: samorządów, administracji leśnej, zarządów dróg, kolei itp., czyli tych, którzy nie kupowali zabytków, lecz zarządzają majątkiem stanowiącym dobro społeczne, czyli nas wszystkich. Ci administratorzy nie dbają o powierzone im wspólne dziedzictwo, łamiąc obowiązującą ustawę o ochronie zabytków, zgodnie z którą spoczywa na nich obowiązek dbania o zabytki, tak by zachowane zostały te wartości, dla których zostały wpisane do rejestru! Na dodatek zła opieka nad zabytkami staje się niekiedy pretekstem do dywagacji nad sensem ich ochrony: w listopadzie 2007 r. na kolegium prezydenta miasta Olsztyna zapadła decyzja o wykreśleniu z rejestru zapuszczonego zabytkowego dworku na Tracku. Potem przyszła kolej na odwołanie od decyzji o wpisaniu do rejestru tartaku Raphaelsohn-ów (por. mój wpis z 14 lutego).
Oczywiście nie tylko władze Olsztyna uważają zabytki za zbędny balast, tracąc swój czas i energię (oraz pieniądze podatników) na pisanie wniosków o wykreślanie zabytków z rejestru (zamiast zająć się ich remontem). To samo czynią: Administracja Lasów Państwowych (rozbierając leśniczówki lub odwołując się od decyzji o wpisaniu do rejestru zabytków - ale to temat na oddzielny wpis), zarządcy dróg kołowych, szynowych etc.
Jesienią 2007 r. Wojewódzki Konserwator Zabytków na wniosek Sadyby wpisał do rejestru zabytków „historyczny szlak pielgrzymkowy z Reszla do Świętej Lipki wraz z nasadzeniami zieleni” wzdłuż drogi. Zespół 15-tu XVIII-wiecznych kapliczek wraz z otaczającą ją zielenią stanowi niezwykle ważny element kompozycji krajobrazu, dlatego ochroną została objęta również aleja drzew. Zarząd Dróg Wojewódzkich w Olsztynie w listopadzie 2007 r. złożył do ministra kultury odwołanie od decyzji konserwatora zabytków o wpisie alei do rejestru zabytków. Dlaczego? Przecież decyzja ta nie obejmowała ochrony nawierzchni bitumicznej, przepustów, znaków drogowych, tylko zieleń stanowiącą tło i uzupełnienie kompozycji przestrzennej tego wyjątkowego traktu. Czyżby mieli już w planie wycięcie tych drzew?
Z tego odcinka drogi skradziono wcześniej dwa kamienie milowe (pisałem o tym 7 lutego). Ostatnio ten temat powrócił: zarządca drogi, przy której owe kamienie stały (i ich formalny właściciel czyli ZDW w Olsztynie) pismem z dnia 6 marca poinformował: „iż nie widzi celowości w umieszczaniu w/w kamieni w ich pierwotnym miejscu”!
W uzasadnieniu stwierdzono: „ próba już raz podjętej kradzieży rzeczowych kamieni milowych może nasuwać przypuszczenie, iż zostanie ona podjęta po raz kolejny” (?!) dlatego jest „nieuzasadnionym umieszczanie obiektów, które posiadają wartość historyczną oraz objętych ochroną prawną […] w miejscu otwartym, nie strzeżonym, jakim jest pas drogowy, przebiegający poza terenem zabudowanym”(!). W związku z powyższym „warte byłoby jednak zastanowienie się nad innym rozwiązaniem, mającym na celu wyeksponowanie ich (łącznie z tablicą informacyjną) w terenie, ale w miejscu, w którym nie byłyby narażone na ich ponowną kradzież lub dewastację (np. na terenie miasta Reszel)”.
Nie przekonuje mnie ta rzekoma troska drogowców. Do kradzieży doszło w czasie, gdy w Św. Lipce prowadzone były prace drogowe i to one stały się okazją dla złoczyńcy (prawomocnie skazanego wyrokiem sądowym) do dokonania zuchwałej kradzieży w biały dzień. Nie sądzę, też by ktoś ponowił w przyszłości próbę kradzieży ważących łącznie 3 tony kamieni.
Kamienie mają swoją pełną wartość tylko w miejscu pierwotnego posadowienia
i przemieszczanie ich do Reszla (zgodnie z sugestią drogowców) doprowadzi do sfałszowania historii i przestrzeni czyli do przesunięcia historycznej granic Warmii i Mazur.
Dobrze, że drogowcy w trosce o zabytki nie wystąpili z wnioskiem o przeniesienie wszystkich 15-tu kapliczek z trasy pielgrzymkowej np. do skansenu w Osztynku, bo tam byłyby one bezpieczne…
Właśnie wróciłem z tygodniowego wyjazdu do Berlina, o którym można wiele napisać:
o wyglądzie poszczególnych dzielnic, ładzie przestrzennym, porządku, parkach i alejach, placach zabaw czy ścieżkach rowerowych (na pewno będę wracał do tych tematów).
Część zachodnią miasta znam bardzo dobrze - przez wiele lat tam mieszkałem, studiowałem i pracowałem, część wschodnią stopniowo odkrywam dopiero teraz. Fragmenty miasta zmieniły swój wygląd - szczególnie Potsdamer Platz (kiedyś obszary „ziemi niczyjej” w miejscu berlińsko-berlińskiej granicy), inne są takie jak były. Wraz ze znajomymi oglądaliśmy znane i nieznane mi miejsca w tym także kilka muzeów. Ze szczególną uwagą obejrzeliśmy muzeum techniki i komunikacji (pełne zwiedzających, w tym sporo wycieczek szkolnych) - oczywiście w związku z propozycją stworzenia podobnej placówki w Olsztynie. Nowoczesne muzeum berlińskie, obszerne powierzchniowo i tematycznie stworzono w miejscu dawnych terenów kolejowych i magazynowych, stąd wiele tam elementów autentycznych (np. kolejowa wieża ciśnień) ukazuje rozwój techniki poprzez ewolucję: od pierwszej lokomotywy do współczesnych pociągów, od pierwszego radioodbiornika do tych z końca XX w. W Olsztynie mamy również historyczny obiekt, w którym warto stworzyć nowoczesne muzeum, ukazujące obiekty techniki jako „sprawców” rozwoju całego regionu.
Oczywiście w Berlinie nasuwały mi się też inne skojarzenia z Olsztynem: w obu miastach jest wiele jezior i zieleni (na dodatek w obu miastach ich rozmieszczenie jest podobne – więcej ich w zachodniej części, mniej we wschodniej). Oba miasta rozwijały się intensywnie dopiero w XIX wieku stając się stolicami regionów, stąd w obu dominuje architektura XIX i XX wieczna, dlatego oba posiadają stosunkowo niewiele starszych zabytków.
Niestety lista podobieństw jest krótsza niż liczba różnic (uwzględniając oczywiście statuty obu miast, ich wielkość i liczbę mieszkańców): Olsztyn (niespełna 200 tys. mieszkańców) w granicach którego jest 15 jezior (!) zajmujących ponad 8% powierzchni miasta, a lasy zajmują kolejne 22% powierzchni, nie wykorzystuje swojego potencjału związanego z tak wyjątkową lokalizacją. Przybyszowi nawet do głowy nie przyjdzie, że 1/3 powierzchni Olsztyna to lasy i woda, ponieważ miasto jak wiele innych na Warmii i Mazurach odwróciło się plecami od wody. Brak zagospodarowanych brzegów, terenów wypoczynkowych, spacerowych, placów zabaw i ścieżek rowerowych z prawdziwego zdarzenia. Zupełnie inaczej jest w zielonym Berlinie (3,5 milionów mieszkańców), gdzie maksymalnie wykorzystano położenie nad rzekami, licznymi jeziorami i kanałami planując przestrzeń miasta, organizując tereny zielone, spacerowe i trasy rowerowe, tak, że tereny nad wodami śródlądowymi tętnią życiem. Szczególnie wiosną i latem odbywa się tam jeden wielki piknik rodzinny. Oczywiście przyjazne dla ludzi są też tereny leżące z dala od jezior, czemu sprzyjają parki, skwery i place zabaw oraz setki restauracji, klubów i barów etc.
Jeszcze gorzej wypada porównanie oferty kulturalnej obu miast. W Berlinie znaleźć można wiele instytucji kultury, sal koncertowych, teatrów, kin, galerii i muzeów. Jest też szereg udogodnień do korzystania z tych placówek. Na przykład można kupić bardzo korzystnie cenowo 3-dniowy bilet upoważniający do zwiedzania ponad 60 muzeów (!) i stałych wystaw znajdujących się na terenie miasta. Oferta jest tak szeroka, że trudno się zdecydować, które muzeum wybrać. Natomiast w Olsztynie, w którym istniejące kina, teatry, filharmonie i muzea razem wzięte można zliczyć na palcach obu rąk prowadzi się dyskusje czy wybudowanie wieżowca podniesie prestiż miasta i pomoże w uzyskaniu statusu metropolii!
W internetowej dyskusji na temat przyszłości budynku dawnego tartaku Raphaelsohn-ów w Olsztynie, poprzez propozycję utworzenia w nim muzeum, przeszliśmy do pomysłu założenia stowarzyszenia, którego pierwszym zadaniem byłoby… doprowadzenie do utworzenia w budynku tartaku regionalnego muzeum techniki.
Teraz widzę, że warto było podjąć się prowadzenia blogu, by obserwować jak rodzi się cenna idea, która póki co rośnie powoli niczym kryształ!
Olsztynianie chcą się zorganizować, po to by przejąć we własne ręce inicjatywę ratowania tartaku (potem inne obiekty). Najwyższa pora (!), bo jak zauważył jeden z internautów: „stowarzyszeń mających za cel ochronę krajobrazu kulturowego i dziedzictwa - wydaje mi się, że jest ich kilka w Olsztynie, lecz na dobrą sprawę głośno jest tylko o dwóch: "Sadybie" i "Borussii"”. To naprawdę mało, a na dodatek Sadyba nie jest z Olsztyna, lecz z Puszczy Piskiej (i nie ma w niej żadnego członka z Olsztyna).
Stowarzyszenie na Rzecz Ochrony Krajobrazu Kulturowego Mazur „Sadyba” ma jasno określony cel zawarty w swojej długiej nazwie (choć terenem naszych działań jest cała Polska ze szczególnym uwzględnieniem Mazur). Sadyba chce bronić tego, co jest zagrożone zniszczeniem z powodu ludzkiej niewiedzy lub świadomego działania, a w szczególności krajobraz naturalny ulegający coraz szybszym przekształceniom oraz kulturowy, który chronimy w sposób bierny (np. dokumentując, czy zgłaszając wnioski o wpis do rejestru zabytków) i czynny (np. porządkując stare cmentarze).
Stowarzyszenie Sadyba zostało założone przez grupę ludzi, którzy zaniepokojeni negatywnymi zmianami w otoczeniu połączyli swoje doświadczenia płynące z indywidualnych, wcześniejszych poczynań, ponieważ zrozumieli, że należy się zorganizować, by móc skuteczniej działać w ochronie krajobrazu.
„Jeśli chcesz być aktywnym i mieć wpływ na bieg rzeczy to naprawdę możesz” zauważył XIX- wieczny myśliciel i polityk Alexis de Tocqueville, zajmujący się analizą społeczeństwa demokratycznego oraz pożytków płynących z samorządu i stowarzyszeń. Z kolei prof. Jeffrey Stout z Uniwersytetu Princeton napisał: „w interesie rządzących elit jest, byśmy wierzyli, że demokratyczne samoorganizacje to przedsięwzięcie beznadziejne. W interesie społeczeństwa jest wierzyć, że organizowanie się daje nadzieję”.
Jedno jest pewne: warto działać i jeśli nie ma innego wyjścia przejmować inicjatywę. W ten sposób wraz żoną uratowaliśmy od rozbiórki XIX-wieczną drewnianą chałupę podcieniową, w której po przeniesieniu do Kadzidłowa utworzyliśmy muzeum, a Dorota i Aleksander Potoccy (także z Sadyby) uratowali dwór łowczego ze Sztynortu, tworząc w nim Salon im. Hrabiny Doenhoff.
Wierzę, że skoro w Olsztynie są ludzie chcący wspólnie działać, uda się uratować tartak i powstanie w nim muzeum. Ważne by nie być biernym, nie biadolić, nie czekać na cud, ale działać!
